Wpisy - sierpnia 2011.

Wojtek Kłosowski: Planowanie miasta jest jak planowanie wspólnego mieszkania

Wojtek Kłosowski

Joanna Erbel: Wojtku, jednym z obszarów walki o miasto do wygodne życia dla różnych grup mieszkanek i mieszkańców jest kwestia planowania przestrzennego. W jaki sposób Ty rozumiesz pojęcie planowania w odniesieniu do miasta?

Wojtech Kłosowski: Dobre pytanie, jak się chce na nie poważnie odpowiedzieć, to trzeba sobie zadać inne poważne pytanie: czym jest miasto? Żeby planować miasto, zmiany w mieście, rozwój miasta, to ja muszę wiedzieć czym jest miasto. W Polsce się utarł taki niedobry zwyczaj, że się używa pojęcia planowanie do planowania urbanistycznego, przestrzennego, a to jest za mało. Tak można było myśleć o miastach idealnych w renesansie, jak władca sobie postanowił wybudować miasto na pustym terenie i planowanie polegało na wymyślaniu struktury przestrzennej, ale wtedy też się myślało o tym, czym się ta przestrzeń wypełni, że rynek musi być po środku, żeby obywatele w centrum właściwie odczytali pozycje ratusza wobec innych budynków. My nie tworzymy miast od zera, tylko planujemy i zarządzamy miastami, które już istnieją.

JE: To czego nie bierze się pod uwagę? O czym się zapomina?

WK: Planiści tworząc plany miast, uważają swoją dziedzinę za wyodrębnioną i nie wytworzyła się metodologia stałej partnerskiej współpracy między planistami czy specjalistami, którzy planują inne dziedziny miasta. Używanie terminu planowanie tylko w odniesieniu do przestrzeni, powoduje realną szkodę.  Na przykład socjolog miasta z urbanistą nie ma wspólnego języka, albo ma bardzo ograniczone pole. Animator kultury, który też planuje miasta, ekonomista, działacz społeczny oraz dziesiątki różnych osób, które planują różne sfery istnienia miasta, oni nie operują tym samym językiem i nie mają się jak dogadać i niezrozumienie jest w obie strony. Planista nie potrafi swoim językiem wytłumaczyć co, albo po co zrobić, a w najgorszym przypadku po co realizuje pewne rzemiosło planistyczne. Często wynika to z braku kształcenia planistów w Polsce. Oni nie rozumieją języka, którym mówią tamci. Planowanie przestrzenne jest dziedziną narzędziową, nie formułuje samoistnych, samodzielnych celów. Planujemy układ przestrzenny po coś, a to coś jest poza planowaniem: żeby się ludziom żyło lepiej, żeby się miasto przewietrzało. Cele się formułuje w innych dziedzinach. Często mam wrażenie, że planiści są trochę sfrustrowani i nie formułują samodzielnych i próbują działać jakby wbrew logice miasta. Mówią coś na gruncie planowania przestrzennego, a reszta ma się dostosować, na przykład: Pałac Kultury powinien być na skrzyżowaniu różnych osi widokowych, bo żebym jadąc przez skrzyżowania widział pałac Kultury. I to jest wartość, do której według nich powinny się dostosować wszystkie inne.

JE: Mówisz, że konieczne jest włączenie szerokiego grona osób do procesu planowania, jednak bardzo często jest to trudne ze względu na to, że miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego wydają się być dość abstrakcyjne dla osób niebędących specjalistkami i specjalistami.

WK: Racja, ale przełożenie procesu planowania na zrozumiały język nie jest niemożliwe. Dobrze jest o tym dyskutować na bardzo prostym modelu. Jak zaczynamy mówić o planowaniu miasta, to – tak jak mówisz – olbrzymia część ludzi wyłącza się, bo się nie czuje kompetentna w myśleniu o takim stanie. Mówią: „Bo ja się czuję niekompetentny w ustawianiu mebli w swoim mieszkaniu, a cóż dopiero z ustawieniem przestrzeni miejskiej”. Mają poczucie, że nie umieliby powiedzieć czego chcą w przestrzeni swojej dzielnicy, a miasto onieśmiela skalą.

JE: To w jaki sposób mówić, aby tacy ludzie się nie zniechęcali?

WK: Dobrze jest o mieście mówić na takim modelu, którym dobrze odzwierciedla problemy każdego z nas, czyli na modelu mieszkania. Wyobraźmy sobie symboliczny model miasta jako kilkupokojowego mieszkania, w którym mieszka wielopokoleniowa rodzina, jedni się miedzy sobą lubią, drudzy nie, wujek przeszkadza wszystkim, a babcia ma najwięcej pieniędzy, a dzieci rozrabiają itd.. To są różne grupy społeczne o różnym poziomi zamożności i uciążliwości i jest ograniczona przestrzeń i teraz planowanie przestrzenne w mieście przynosi takie skutki społeczne, jak planowanie przestrzenią tego mieszkania. I jeśli ktoś czegoś unika, to to nie wpływa tylko na sytuację ludzi, tylko na sytuację w całym mieszkaniu, jak ktoś zarządzi regulamin korzystania z łazienki czy korzystania z innej przestrzeni wspólnej, to to wpływa na każdego. Planista musi sobie zdawać sprawę, że jak on planuje wycinek miasta, to to wpływa na sytuację całego miasta i rozległych przestrzeni. Postawienie jednego apartamentowca w jednym miejscu zmienia kontekst tak szeroki, że na pewno nie widzi tego developer, który dostał pozwolenie na zabudowę. Taka generalna odpowiedź: każda zmiana planistyczna bardzo daleko wpływa skutkami na życie ludzi i daleko więcej, niż dla tej grupy, dla której ta zmiana jest robiona. Jeśli poszerzamy ulicę, żeby kierowcom się lepiej jeździło, to bardzo często próbujemy taki projekt zewaluować, co się zmieniło w sytuacji miasta, a trzeba zewaluować to, co się zmieniło w sytuacji użytkowników miasta. Okazuje się czasami, że skutki danej decyzji dla innych grup, niż zaplanowali beneficjenci są dużo, dużo ważniejsze. Zmieniło się niewiele, ale na przykład utrudniło się rowerzystom, kompletnie uniemożliwiło się (chodzenie) pieszym, poziom hałasu.

JE: A jak rozumiesz przestrzeń publiczną? W jaki sposób powinniśmy o niej myśleć?

WK: Najlepiej porównać ją do modelu mieszkania i zamieszkującej je rodziny. Wyobraźmy sobie sytuację mieszkamy w jakiś pokojach, ale mamy też salon, w którym oglądamy telewizję, spotykamy się, tam leżą gazet, które wszyscy czytają, to jest przestrzeń, gdzie nas odwiedzają goście, gdzie można rozmawiać o wszystkim, ona nie jest niczyja, w sensie nie można jej zamknąć przed kimś, przestrzeń, gdzie też się uczymy współbytowania, bo na przykład w sypialni każdy może robić, co chce, muszę przestrzegać norm. Wyobraźmy sobie w takim mieszkaniu, gdzie mamy przestrzeń publiczną, w sensie placu miejskiego, ale mamy też przestrzeń publiczną, czyli łazienkę i korytarz, o charakterze technicznym: ulice, chodniki i przestrzeń o charakterze bytowym: parki, chodniki.

JE: A to nie jest dla Ciebie przestrzeń o charakterze prywatnym?

WK: To się miesza. Wszyscy wiemy, że ulubionych gości przyjmujemy w kuchni, bo jest tam bardziej domowa atmosfera. W różny sposób bywa się też w mieście. Wszyscy musimy pogodzić się z tym, że każdy ma inne potrzeby, jest inaczej wychowany. Ulica ma być miejscem, przez które przechodzimy, a park, do którego idziemy, a w praktyce jest inaczej, bo przechodzimy przez park, gdy wracamy z pracy do domu, a na ulicy rozmawiamy. Nie ma tutaj błędu. Planista ma prawo zaproponować jakieś funkcje, a użytkownik je trochę uszanować, albo zmodyfikować.  Mówię tutaj o tym porządku zaplanowanym, ale z całą świadomością, że nikt nie ma obowiązku, żeby miasta używać tak, jak było zaplanowane. Ale wróćmy do przykładu tego mieszkania: mamy jakieś przestrzenie wspólne i wyczuwamy, że jak jest nabałaganione w kuchni, to mieszkańcom nie przeszkadza, ale jak będzie nabałaganione w salonie, to przyjdzie ksiądz po kolędzie i będzie trochę wstyd. W ramach wspólnego użytkowania przestrzeni układają się zwyczaje. Podobnie jest z różnymi rodzajami przestrzeni publicznej. Oczywiście mogą się w danej rodzinie trafić jednostki, które się buntują, albo w różnym stopniu ten porządek szanują. Różne osoby mogą mieć też różne sposoby, aby forsować swoją wizję. Wyobraźmy, że babcia, która mam najwięcej pieniędzy trzymanych gdzieś w bieliźniarce, mówi: słuchajcie, dam wam na lodówkę, ale środek dużego pokoju jest mój, nie wolno wchodzić, ja tam ustawiam fotel i swój dywan i tam nie wolno wchodzić. Za to macie kasę na lodówkę, która jest realna potrzebna. Zmieniliśmy sytuację funkcjonowania nie tylko dywanu i całego pokoju, ale też całego mieszkania i całej rodziny. Sprzedaliśmy jakiś fragmencik, ale bez niego nie da się oglądać telewizji i zaprosić księdza po kolędzie, a jak przyjdą koledzy oglądać mecz, to babcia się nie zgodzi. To jest taki model, który pokazuje jakie są skutki wyprzedawania przestrzeni miejskiej. To, że mieszkamy w tym mieszkaniu, znaczy dla nas wszystkich więcej, niż to że użytkujemy pilnujemy swojego. My też korzystamy z umowy społecznej i dobrodziejstwa tego, że są wartości wspólne, np. ja się godzę, żeby ktoś nie śmiecił, a sam sobie włączam telewizor tam, gdzie mogę. Przestrzeń publiczna jest potrzebna w ogóle po to, żeby życie kwitło, bo ona się przez takie życie społeczne w skali marko… ona się gdzieś rozpełza, gdy przestrzeni publicznej nie ma, bo babcia mówi: ja tu sobie wykupiłam środek, ale możecie siąść pod ścianami i jakoś sobie rozmawiać.

JE: Ale co do metafory to, co jeśli babcia nie chce środka salonu tylko miejsce przy kaloryferze, czyli taką przestrzeń, która trochę odcina przestrzeń wspólną, ale jest trochę z boku?

WK: W ogóle tak jest, że miasto składa się z wielu, różnych przestrzeni publicznych i całej masy przestrzeni, które są w jakimś stopniu prywatne, a w jakimś publiczne, np. ogród Saski, to jest ogród magnacki, który rodzina oddała mieszkańcom Warszawy, żeby mogli spacerować. Jest masę krytycznych opracowań na temat przestrzeni centrów handlowych, które są takimi pseudo publicznymi przestrzeniami. Ja nie chciałbym się dać ponieść fali bezmyślnego krytycyzmu, one spełniają pewną rolę np. są przyjaznymi miejscami spotkań, jeśli ktoś lubi centrum handlowe, a widać, że ludzie lubią, bo zawsze jest tam tłum. Zawsze przestrzeń miejska jest przestrzenią negocjacji, co komu i w jakim stopniu udostępnimy, a co komu pozwolimy ogrodzić jako swoje. Tylko, że to musi być negocjacja, a nie z pozycji siły. Ja nie widzę błędu w tym, że babcia poprosiła o swój kącik w pokoju, ale co innego, jak ona sobie to kupuje, jako jedyna, która ma pieniądze i dyktuje warunki. To jest problemem, bo załóżmy, że w sytuacji skrajnej, babcia jest umierająca i ma jeszcze 3 miesiące życia i potrzebuje łóżko w miejscu, gdzie z każdej strony będzie dostęp, gdzie nie będzie okna, bo ją światło razi… i wychodzi, że jedyną przestrzenią jest ten środek pokoju. Wtedy wszyscy się godzą i przestrzeń jest przez jakiś czas zajęta, ale my się godzimy i to nie jest tak, że ktoś nas przygniótł swoją przewaga finansową. Tylko zważyliśmy interesy i czyjś interes prywatny uznaliśmy za ważniejszy i możemy odstąpić od swojego interesu. Może takim przykładem jest stadion: nie wszyscy kibicują piłce nożnej, ale to podlega negocjacji i nie-kibice godzą się, że stadion jest potrzebny.

JE: W Warszawie stadion nie powstał w ramach negocjacji, tylko odgórnego dekretu i pewnych przesunięć finansowych.

WK: No właśnie, ale mogą być takie przykłady, że część przestrzeni się oddaje grupom wąskim, mogą być one szerokie i stają się, to się nazywa w ekonomii dobra klubowe. Dobra klubowe to są takie, z których korzysta się w sposób niekonkurencyjny, to znaczy tak, że ja jestem widzem na stadionie i nie wykluczam innych osób z takiego samego prawa, ale ilość miejsc jest wyczerpywalna. Ilość pieniędzy na jedno miejsce jest możliwa do wyliczenia i wiadomo ile inwestujemy w jedno miejsce. W przestrzeni publicznej jest bardzo prosty sposób szacowania wartości pieniężnej: za ile ona pójdzie na rynku, nie ma prostszego sposobu, ale nie ma żadnego sposobu szacowania wartości niepieniężnej, którą ta przestrzeń ma i urzędnik wie za ile sprzedaje, ale nie ma pojęcia jaką wartość za te pieniądze sprzedaje, bo nie ma narzędzi i nie ma jak tego policzyć. O ile zmniejszy się dobrobyt mieszkańców Warszawy z powodu zabudowania kolejnej działki z apartamentowcem, który będzie ogrodzony. Na pewno da się takie narzędzie skonstruować, ale na razie nie ma zainteresowanych na takie narzędzia, trzeba by było zrobić bardzo dobre badania społeczne, subtelną metodę analizy ekonomicznej zastosować i spróbować w mniejszej skali, jakie błędy są i poprawić to. Zamawiającym powinno być miasto i to ono powinno chcieć mieć takie narzędzia. Żeby miasto wiedziało, jak sprzedaje działkę ile to jest warte, jak sprzedaje za 20 milionów, to czy to nie jest warte 60 milionów, w przeliczonym na pieniądz dobrobycie mieszkańców. Jak nie mam tego narzędzia, to trochę nie wiem czy nie sprzedaje siekierki za kijek. Trochę dziwię się władzom miasta, że nie są sponsorami takiej metodologii, bo jakby zrobić zebranie mieszkańców, bo na pewno powinien być w tym bardzo duży udział takiej partycypacyjnej oceny, subiektywnego poczucia wartości terenu. Metodologia powinna być naukowa, czyli powtarzalna, intersubiektywnie kontrolowalna i zapłacić za to powinno miasto w swoimi interesie, żeby ktoś potem pani prezydent nie powiedział, że nieodpowiedzialnie gospodaruje mieniem. Żebyśmy w końcu zrozumieli, że te wartości subtelne, takie poczucie fajnej przestrzeni w koło też dają się przeliczyć na wartości pieniężne, że to nie jest tak, że przez to, że po jednej stronie są mocne argumenty, to to jest silniejsze niż tamto. Jest taki stereotyp urzędników miejskich, którzy się obracają w świecie cyfr, którzy rzeczy dają się wyrazić ilościowo są twardszymi rzeczami niż te, które się da wyrazić jakościowo. Czyli na przykład mamy ankietę jakości życia mieszkańców, czy jakieś wskaźniki pojazdów są mocniejszym faktem niż opis. Natomiast badacz społeczny wie, że od pytania ile jest ważniejsze pytanie jak? Po co? I tu jest chyba ten problem, że w przestrzeni publicznej łatwiej jest powiedzieć jak i po co ona jest potrzebna, a trudniej jest wyrazić tą potrzebę ilościową, dlatego jest dość trudno dotrzeć do urzędników z takim przekazem, że każda decyzja o sprzedaży gruntów to musi być porównanie dwóch wartości na różnych szalach.

JE: Jednym z takich narzędzi pozwalających zapobiec dyskryminacji pewnym grup, np. osób pełniących role kobiece, jest gender budgeting, czyli planowanie wrażliwe na płeć. W jaki sposób można rozpoznać ten wymiar dyskryminacji w przestrzeni?

WK: Nierówne traktowanie w wydatkach budżetów samorządowych potrzeb kobiet i mężczyzn jest praktyką o tyle powszechną, co trudną do zaobserwowania. Żadne przepisy prawa nie różnicują przecież dostępu kobiet i mężczyzn do usług czy obiektów publicznych a więc pozornie wydatki budżetu są „płciowo neutralne”. Tymczasem dokładniejsze badanie bud­żetu pod kątem uwzględniania w nich potrzeb każdej z płci pozwala wychwycić różnice, które odbijają się negatywnie na zsumowanej efektywności społeczno-gospodarczej (bo – mówiąc najprościej – obniżają szanse indywidualnego rozwoju ponad połowy społeczności). O ile mi wiadomo, dotychczas  żadne miasto w Polsce nie podjęło próby planowania budżetowego z nastawieniem na wyrównywanie szans kobiet i mężczyzn. Jak miałoby wyglądać takie planowanie? Można dość szczegółowo wyobrazić sobie metodę szacowania udziału w korzystaniu z poszczególnych wydatków każdej z płci.

JE: Jakie kroki powinno się podjąć?

WK: Konieczne jest zidentyfikowanie w budżecie całkowitej sumy wydatków na rzecz poszczególnych zadań (a więc de facto trzeba doprowadzić budżet do postaci zadaniowej). Co ważne, zadania muszą być formułowane nieco inaczej, niż w typowym budżecie zadaniowym: nie całościami wykonawczymi (np.: „remont jezdni, chodnika i budowa ścieżki rowerowej”, czy „renowacja zieleni na skwerze”, albo „budowa placu zabaw” itd.), ale całościami funkcjonalnymi, (oddzielnie: jezdnia, oddzielnie chodnik i ścieżka rowerowa, bo każda z tych części infrastruktury ma innych użytkowników; za to skwer i usytuowany na nim plac zabaw – jako jedno zadanie, bo użytkuje je ta sama grupa mieszkańców w podobny sposób). Czyli, jeżeli zadanie dotyczy usprawnienia usługi świadczonej już obecnie, należy dokonać (poprzez badanie użytkowników lub innymi dostępnymi w danej sprawie metodami) oceny, jak kształtował się dotychczas procentowy udział obu płci w korzystaniu z tej usługi.

JE: A w przypadku nowych usług?

WK: Jeżeli zadanie dotyczy uruchomienia nowej usługi, która dotychczas nie miała użytkowników, należy oszacować przyszłe korzystanie z niej takimi metodami jak zdobycie danych porównawczych z innego, możliwie podobnego ośrodka, gdzie taka usługa już działa. Przeprowadzenie lokalnych badań zainteresowania społecznego osób obu płci nowo uruchamianą usługą. Oraz oszacowanie eksperckie, czyli na przykład oszacowanie liczby wyspecjalizowanych organizacji pozarządowych. Jeżeli w odniesieniu do jakiegoś zadania nie da się zastosować żadnej z tych metod, lub w danym wypadku dostarczają one wyników w oczywisty sposób niewiarygodnych, przyjmuje się równy udział obu płci w korzystaniu z danego zadania.

JE: Co dalej?

WK:    Po zakończonej ocenie udziału procentowego obu płci w korzystaniu z danego zadania dzieli się odpowiednio zsumowaną kwotę wydatków na dane zadanie, wyliczając odrębnie kwotę wydatków (dokonanych lub planowanych) na sfinansowanie potrzeb mężczyzn i odrębnie kwotę wydatków na sfinansowanie potrzeb kobiet. Wydatki „męskie” i „kobiece” sumuje się następnie w skali całego budżetu i porównuje ze sobą. W budżecie zbalansowanym proporcje tych wydatków powinny być bliskie procentowemu udziałowi kobiet i mężczyzn w populacji. Budżetowanie ukierunkowane na równość szans obu płci odkrywa najczęściej, że zwyczajowo lub nawykowo lepiej finansowane są te dziedziny życia społecznego i te elementy infrastruktury, z których intensywniej korzystają mężczyźni. Odczucie decydentów jest często takie, że są to „ważniejsze”, „istotniejsze” pozycje wydatków. Przełamywaniu tego absurdalnego stereotypu służy właśnie gender budgeting.

JE: Czy to wystarcza?

WK: Potrzebne jest jeszcze istotne wyjaśnienie: może się wydawać, że opisywana metoda gender budgeting zakłada w sposób nieuprawniony trwałość podziału ról społecznych pomiędzy kobiety i mężczyzn (a nawet konserwuje ten podział). Na przykład, skoro kobiety obecnie częściej są obciążone opieką nad małymi dziećmi, to wydatki na przedszkole uzna się w tej metodzie za inwestycję w potrzeby kobiet (co byłoby przecież nieprawdą). Odpowiedź jest następująca: praktyka pokazuje, że dofinansowanie dziedzin, które dotychczas są głównie obszarami aktywności kobiet, podnosi atrakcyjność tych dziedzin, ich prestiż i przyciąga do nich także mężczyzn, a więc – w ten sposób przyczynia się do wyrównywania szans, przez bardziej wyrównaną aktywność obu płci w poszczególnych dziedzinach.

 

wywiad spisała Agnieszka Witkowska

 

- Koniec części pierwszej – c.d.n -

 

Wojtek Kłosowski – Specjalista w dziedzinie strategicznego planowania rozwoju lokalnego, wykładowca akademicki, autor licznych publikacji na ten temat. Członek-założyciel Zielonych 2004. Ekspert od samorządu lokalnego, autor wielu książek o tematyce samorządowej; specjalista w dziedzinie planowania strategicznego. Specjalizuje się także w tematyce rewitalizacji zdegradowanych obszarów miejskich. Jest autorem licznych lokalnych programów rewitalizacji polskich miast. Jest wykładowcą i trenerem licznych programów szkoleniowych dla samorządów i organizacji pozarządowych.

Pełna wrażeń niedziela na Służewiu z M3

M3 pawilonNiedziela z M3 na Służewiu nad Dolinką obfitowała w wydarzenia. Od rana odbywały się warsztaty dla dzieci archiTEKTURKI, a fotograf Konrad Ćwik robił w studio zaaranżowanym na tyłach pawilonu M3 zdjęcia mieszkankom i mieszkańcom Służewia. Powstało 48 portretów, indywidualnych i grupowych. Każda z osób dostanie na pamiątkę swoje zdjęcie. Wernisaż fotografii odbędzie w sobotę (3 września), o g. 18 w pawilonie M3.

Równolegle toczyła się akcja SND to lubię, podczas której przybyłe osoby wtykały kolorowe chorągiewki wtykane w mapę Służewia. Żółte oznaczały miejsce najbardziej lubiane, różowe, te w których bywa się niechętnie, zielone zaś – obecnie nieciekawe, ale posiadające potencjał. Zebrane wyniki posłużą jako materiał do dyskusji. Pierwsza z nich, Tożsamość osiedla SND, odbędzie się już w najbliższą środę (31 sierpnia), o 18. Wezmą w niej udział: Halina Kasprzak (lokalna blogerka), Krzysztof Herbst (socjolog miasta), Ewa Willman (dyrektorka Służewskiego Domu Kultury) oraz Grzegorz Jakubiec (w-ce prezes SM). Kolejna – w następną środę (7 września), dotyczyć będzie Przeszłości i przyszłości SND.

Poza warsztatami i sesją fotograficzną, dużym powodzeniem cieszyła się również joga na trawie. Kto nie był, może skorzystać z bezpłatnej jogi już dziś o g. 18, albo w nadchodzące niedziele (4 i 11 września) o g. 15.

Ważnym elementem dnia był również ponad trzygodzinny spacer po architekturze Służewia prowadzony przez Karolinę Andrzejewską, Katarzynę Juchniewicz oraz Grzegorza Mikę. Wycieczka ruszyła spod kościoła Św. Katarzyny, aby przejść do kościoła Św. Dominika, przez osiedle „Służew-Parcele”, do osiedla z wielkiej płyty, gdzie poza blokami, można było dowiedzieć się o architekturze dwóch szkół: klasycznej „Tysiąclatki” (szkoły podstawowej nr 320 im. Ignacego Paderewskiego) oraz szkoły nr 46 im. Stefana Starzyńskiego, założonej przez Towarzystwo Przyjaciół Dzieci.

 

Joanna Erbel

 

SND To lubię

SND_To lubie

Wyniki akcji SND to lubie

 

Fotosesja Ćwik

Konrad Ćwik fotografuje jednego z mieszkańców SND

 

fot. Marlena Happach


Na Służewiu w dolince stanęło M3

Od dzisiaj w Dolince Służewickiej, obok gospodarstwa przy ul. Elsnera można obejrzeć makietę M3 w skali 1:1. Biały domek ze sklejki jest wiernym odwzorowaniem dwupokojowego mieszkania, które jest typowe dla otaczających go bloków. W Dolince, wokół makiety M3 pełniącej funkcję pawilonu, odbędzie się seria warsztatów architektonicznych, kulinarnych, fotograficznych oraz joga – wszystko dla osób różnych grup wiek. Będą spotkania dotyczące przyszłości i przeszłości Służewia Nad Dolinką, pokazy filmów oraz wystawy. Powstanie również kilka instalacji: Muzyczna Maszyna, Nicholasa Tronda Perry’ego i Agaty
Sander – pozytywka, która zagra melodię strumyka. Platforma widokowa, Marka Happacha oraz Iwo Kęsego, pokazująca alternatywne wykorzystanie służewskiego balkonu. Mobilna kuchnia dla pawilonu M3, zbudowana przez Marlenę Happach i Monikę Komorowską. Interaktywna mapa miasta, Widok z okna Krzysztofa Hermana. Będzie można obejrzeć również meble miejskie ze słomy, S.Ł.O.M.Y, zbudowane przez Annę Zawadzką i Michała Piaseckiego, mural Wojciecha Tylbor-Kubrakiewicza oraz serie mikrointerwencji w koronach drzew przeprowadzonych przez Tomasza Garncarczyka.

Od sobotniego rana najmłodsze uczestniczki i uczestnicy mogą wziąć udział w warsztatach architektonicznych archiTEKTURKI. Na sobotę planowana jest również inauguracja akcji Sąsiedzka biblioteczka oraz otwarcie wystaw SND 1970+ oraz SND_metamorfozy. Ten ostatni służy pokazaniu alternatywnych sposób zagospodarowania klasycznego M3 w zależności od tego, czy mieszkają w nim studenci, singielka pracująca w domu czy rodzina. Jeden z proponowanych projektów, autorstwa Michaela Cooke’a, Simona Rachowskiego i Chrisa Frencha, zakłada również możliwość przesuwania ścian, aby lepiej dostosować się zmieniających się potrzeb mieszkanek i mieszkańców. Sobotni wieczór zakończy dancing pod Lipą o g. 19.

Kuratorki projektu Marlena Happach i Monika Komorowska, chcą poprzez swój projekt nie tylko pokazać jak wygląda i może być użytkowane klasyczne M3, ale również specifikę Służewia Nad Dolinką jako osiedla, która zostało zaprojektowane tak, żeby stanowić jedną część sąsiadującym terenem zielonym. Mimo początkowych planów mieszkanki i mieszkańcy SND słabo wykorzystują potencjał pobliskich terenów zielonych, zwłaszcza zimą. Marlena Happach, pytana, o to, co jak wygląda użytkowanie terenów Nad Dolinką, podkreśla, że mimo, że nie jest fanką betonowania wszystkiego, to jest zwolenniczką wylania kilku alejek, bo bez nich nie sposób korzystać z tego terenu ze względu na jego podmokły charakter. Co więcej, obecnie okolica służy głównie jako psia toaleta, więc każda próba użytkowania go w innych sposób (np. grając w piłkę, lub badmintona), związana jest z ryzykiem wejścia w jedną z wielu psich kup. Wierzy, że dzięki projektowi M3, możliwe będzie przywrócenie równowagi sił między różnymi użytkowniczkami.

Więcej na stronie projektu. Projekt jest częścią festiwalu Warszawa w Budowie 3.

Ulotka projektu.

 

tekst i zdjęcia: Joanna Erbel

Prawdziwe życie placu Defilad

Od dwóch dekad rozwodzimy się nad tym, jakim nieszczęściem jest wciąż nie zabudowana przestrzeń w centrum miasta. Klątwa, fatum, przekleństwo wiecznej prowizorki – mówimy. A tymczasem na placu Defilad, jakby w drugim obiegu, cały czas toczy się nieoficjalne życie.

Zastanawiałem się wiele razy, jak dziś wyglądałby plac Defilad, gdyby w pierwszej połowie lat 90. udało się zrealizować wizję architektów Skopińskiego i Biełyszewa. Zamiast wiatru hulającego po betonowym wygodnie, mielibyśmy warszawskie corso. Wokół wieżowce układające się w koronę, która – zależnie od poglądów patrzącego – zasłania Pałac Kultury lub przeciwnie – podkreśla jego rangę. Ten spór nie skończyłby się do dziś, to pewne. Za to sama architektura mogłaby się już kończyć. Tak, jak pobliskie City Center przy ulicy Złotej. Zbudowane w tamtym okresie, błyskawicznie się zestarzało i musiało ustąpić miejsca nowej, większej inwestycji w postaci wieżowca. Obawiam się, że zabudowę placu Defilad czekałby taki sam los – liftingi, przebudowy, modernizowanie budynków, które dawno straciłyby urok nowości. Architektura z tamtego okresu niestety starzeje się słabo.

Choć brzmi to jak herezja, myślę czasem, że nie stało się wcale tak źle. O tym, jakiej architektury chcemy i potrzebujemy na placu Defilad, wciąż można dyskutować. Inna sprawa, co wyniknie z takich dyskusji – kolejna ekipa w ratuszu może znów zmienić plan zagospodarowania, ale prawie na pewno ze zdaniem warszawiaków liczyć będzie się tak, jak poprzednie, czyli nie bardzo. Bo w oficjalnym dyskursie miejsca na spory nie ma: plac Defilad trzeba zabudować. Jak? Spektakularnie. Najlepiej wysoko. Na pewno elegancko, musi być elegancko. Czy to realne? Nikt się nie zastanawia. Czy są chętni, by realizować wizje z przygotowanych przez ratusz wizualizacji? Nie ma, bo kto zdecyduje się inwestować na terenie z roszczeniami do parcel, których granice są fantomem przedwojennej Warszawy? Komu uda się wejść we współpracę z PKP i zbudować coś nad tunelem średnicowym, skoro nawet kolejarze nie wiedzą, z którą z ich licznych spółek trzeba o tym rozmawiać?

Dwa lata po bitwie o halę Kupieckich Domów Towarowych, plac stoi więc pusty. Tamten blaszak zastąpił inny: biuro budowy II linii metra, ale jego rozbiórka raczej nie skończy się użyciem gazu łzawiącego. W międzyczasie na plac Defilad zawitać mają kibice piłkarscy – to tu ma być największa strefa z telebimami, knajpami i konkursami dla tych, którzy nie wejdą na Stadion Narodowy w czasie Euro 2012. Potem na placu stanąć ma Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Na tym na razie koniec oficjalnych planów i pomysłów.

Tymczasem na placu Defilad życie toczy się w drugim obiegu, poza oficjalnymi decyzjami, planami i strategiami. Zgodnie z twierdzeniem, że natura nie znosi pustki, trwa spontaniczne zagospodarowywanie wolnej przestrzeni. Tu budka z hot-dogami, tam namiot z księgarnią, wreszcie, w centralnym punkcie, pod samą trybuną honorową nieustająca defilada minibusów, które z całej Polski zwożą tych, którzy w Warszawie szukają szczęścia. Warszawski dworzec Victoria.

Dworzec widmowy, oficjalnie nieistniejący – bez kasy biletowej, toalety, ławki czy poczekalni. Bez wiat, wysepek przystankowych i słupków z rozkładami jazdy. Skorzystanie z niego wymaga wiedzy dostępnej tylko dla stałych klientów. Nie posiadają jej ci, którzy nie jeżdżą regularnie do rodziny poza stolicą. Nie wiedzą o tym nic włodarze miasta. Z okien biur ratusza w Pałacu Kultury widać przecież tylko parking z busami. To, że dla wielu jest bramą do stolicy, ważną tak samo jak Dworzec Centralny czy Lotnisko Chopina, nie przebija się do oficjalnego obiegu.

– Wyrzućmy busy na przedmieścia – apeluje co jakiś czas ktoś, kto dostrzeże ruch w centrum miasta. – Po co mają powodować korki w drodze do centrum? Niech stają na Okęciu, Młocinach czy rondzie Wiatraczna – w imię estetyki i wygody proponują inni. Tak, jakby pasażerów busów można było przestawić w inny kąt, jakby nie przysługiwało im prawo do korzystania z centrum miasta. Jakby nie byli mieszkańcami Warszawy, którzy mają potrzebę dotrzeć do centrum w niedzielę wieczorem, gdy wracają z weekendu spędzonego w rodzinnych stronach.

Ta retoryka coś mi przypomina. Stykam się z tym na co dzień w pracy wydawcy lokalnego portalu internetowego. Na forum dyskusyjnym przyjmuje postać chamskiej wojny nielicznej, ale głośnej grupki frustratów ze „słoikami” (to od wałówki przywożonej busami do domu co tydzień), którzy „kradną nam pracę”, „nie umieją jeździć”, „powodują wypadki”, w ogóle „pasożytują” na Warszawie. Prymitywne komentarze w internecie mnie nie dziwią – zaskakuje to, że oficjalna polityka ratusza w sprawie tysięcy nowych użytkowników miasta jest tak podobna. W najlepszym razie są „targetem” kampanii zachęcających do meldowania się w stolicy i płacenia tu podatków. Poza tym nie ma ich w planach, wizjach i strategiach. Nie ma ich w kampaniach wyborczych, bo głosują gdzie indziej. Wtopili się w miejskie tło, jakby w ogóle nie istnieli.

Nic więc dziwnego, że w miejskich planach dla placu Defilad znalazło się miejsce na wydumany dworzec rowerowy, a nie na tymczasowy dworzec dla busów. Rowerowy pawilon oderwany będzie od – wciąż zresztą nieistniejącej – sieci ścieżek rowerowych, ustawiony z dala od punktów przesiadkowych. Jeśli powstanie, będzie listkiem figowym zasłaniającym fakt, że miasto lekceważy potrzeby rowerzystów. Dla czekających pod trybuną honorową w metrowych zaspach lub ulewnym deszczu „słoików” będzie zaś komunikatem żywcem wyjętym z forum internetowego: wracajcie do siebie!

Przed trybuną honorową potrzebna jest interwencja. Na przykład konkurs dla młodych architektów na tymczasowy, mobilny, łatwy do przenoszenia dworzec – wizytówkę współczesnej Warszawy, z całą jej prowizorycznością. Chciałbym projektu, który tymczasowość obraca w zaletę. Pawilonu z kawiarnią, poczekalnią, kasą i toaletą. Miejsca, gdzie pasażer może się schować przed deszczem, a kierowca przespać kilka godzin, ale też – gdzie „słoik” może się poczuć warszawiakiem.

– Nie dla kolejnej prowizorki w tym miejscu! – odpowiedzą obrońcy dotychczasowego podejścia. A ja mówię „tak”: tak dla prowizorek, tak dla „słoików”, tak dla tymczasowości. Bo zmienność, elastyczność i nieprzewidywalność są tym, co z Warszawy czyni barwną, fascynującą metropolię. Metropolię w wiecznej budowie.

 

Karol Kobos

dziennikarz, wydawca portalu tvnwarszawa.pl